piątek, 25 sierpnia 2017

Z miłości do odległości...

... czyli słów kilka o „Odległości między tobą a mną” Jennifer E. Smith.


W niedalekiej przeszłości sprawiłam sobie na pozór ciekawą, drobną i przyjemną książeczkę. Niewielka objętościowo, z miłymi dla oka poleceniami na tylnej części okładki czymś mnie za serce chwyciła i postanowiłam, że zabiorę ją do domu. Kiedy jednak w pełni ujrzałam to, co do zaoferowania mi tutaj ma Jennifer E. Smith, mój entuzjazm trochę osłabł. W pewnych chwilach myślałam, że nic już nie podniesie go z podłogi — przewracając kartki ze znudzeniem w oczach czekałam tylko na spotkanie głównej pary czy cokolwiek innego, co w jakiś sposób mnie zainteresuje. Były jednak i takie sytuacje, dzięki którym z uśmiechem na twarzy pożerałam kolejne zdania.

„Odległość...” jest dosyć odległa od ideału. Pomysł jest bardzo zgrabny, przyjemny, sympatyczny — słowem, chce się czytać. Jego wykonanie jednak ciut gorsze. A może to też kwestia niedopracowania pomysłu? Koniec końców, staję przed pewnym dylematem. Z jednej strony do tej młodzieżowej powieści nie jestem przekonana. Z drugiej natomiast nie potrafię wskazać niczego, co by mi się wyjątkowo nie podobało. Ot, po prostu taka sobie książeczka, ciut nieprawdziwa, troszkę przewidywalna... Jak już tutaj jesteśmy, to chyba nawet za bardzo przewidywalna. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego, że będę miała wrażenie, jakby gdzieś to już się zdarzyło, jakby w tej historii nie było nic niezwykłego.
O co tak w ogóle chodzi? Chodzi o dwójkę młodych ludzi, rzucanych tu i tam po Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Poznajemy więc odrobinę Nowego Jorku, San Francisco, Edynburgu czy Londynu, a to wszystko doprawione masą innych miast i miasteczek, których nazwy powylatywały mi z głowy. Do tego sama Autorka pisze, że czasem to człowiek, a nie miejsce sprawia, że zarzucamy gdzieś kotwicę. Niestety, mnie w „Odległości...” nie udało się takowej kotwicy zarzucić. Lucy — jedna druga głównej pary — jest miła, zaradna i trochę samotna. Owen — druga połowa głównej pary — także jest miły, zaradny i trochę samotny. Kiedy ci dwoje utykają razem w windzie, zawiązuje się pomiędzy nimi dosyć interesująca więź, dzięki której akcja tej powieści w ogóle płynie. Z początku trudno mi było płynąć wraz z nią. Raz po raz wypadałam z nurtu, absorbowana przez setki rzeczy wokół, a kiedy zaczęłam przyzwyczajać się do jej wolnego prądu, fabuła ni tego ni z owego przyspieszyła. To było tak gdzieś pod koniec książki. Nie no, żartuję, ale faktycznie z czasem było coraz lepiej. Polubiłam główną parę, mimo jej nie dającego się ogarnąć umysłem niezdecydowania. Krążyli wokół siebie jak sępy nad padliną. Szukałam czegoś o relacji dwójki młodych ludzi, nie natomiast o tym, jak usiłują oni ożywić jakoś to, co ich łączy.
Pocztówki jako sposób porozumiewania się pomiędzy bohaterami to naprawdę fajny pomysł, jednak brakowało mi tutaj ukazania oczekiwania na nie, znajdywania w skrzynkach, takiego czegoś, co by pozwoliło mi zobaczyć, że są one dla bohaterów czymś ważnym. Kartki były czytane, a później znikały stanowczo zbyt szybko.

Koniec końców mimo wszystko nie oceniam tej książki źle. Nie uważam czasu, który poświęciłam „Odległości..” za zmarnowany, chociaż pewnie książki na mojej półce do przeczytania mają pewnie na ten temat inne zdanie...

czwartek, 10 sierpnia 2017

Najsmutniejsza historia w formie wiersza

— Przyjedź...  — usłyszał w słuchawce głos drżący.
Nie przyjechał. Został.
Odruch sumienia, w duszy jak ranę drażniący,
Cichutki szept z głębi serca.

I nim się obejrzał, zgasła.
Jak podmuchem wiatru raniona,
Niczym brzasku aria zamglona,
Zgasła.

Tęsknił, a jakże.
Lecz jej już nie było.
Nie dla niego, nie teraz,
Myślał, że nie już na zawsze.
Że kruchą jej postać
Cichy dym objął w posiadanie.
Zostało tylko wspomnienie.
A wszystko odeszło.
W zapomnienie.

Ona? Czekała.
Długo, a jakże.
Nie przyjechał jej książę. Jej rycerz, kochanek.
Płakała rzewnie, płakała nocą, księżycem, deszczową zawieją.
Łzy jak krew spływały po białej sukience.
Ocierała je. Białą nadzieją.

I tak właśnie spotkali się znowu,
Szansę od losu otrzymawszy w darze.
Dwójka na pozór obcych, z prądem losu
Płynących dzieci.
Jak wiatr, co ich oddalił od siebie,
W nicości pogrążone słońce zabłyszczało na nowo.
I  w nierozerwalny wieniec
Złączyło miłości końce.

Zostali razem. Z nadzieją przeciwko niegodziwości losu
Rozświetlili swym szczęściem świata ciemności.
Rozgarnęli nicość pewnością lepszego jutra.
A nade wszystko do walki stanęli, nie patrząc na świata zawiłość.
Nie poddając się, przez śniegu zaspy przebrnęli.
Mając u boku najsilniejsze orędzie.
Mając u boku Miłość.

Zostali. Z nadzieją. Razem.

Pewnego dnia los dał im szansę.
Drugą. By ją wykorzystali jak najmądrzej.
I, wiecie co? Udało się.
Zaplonął stos rozpaczy, spalili wszystkie niesnaski. I zadrżała ziemia, runęły mosty.
Poczuli powiew białej ku nim wiosny.
Biała nadzieja utrzymała ich przy życiu.
Nadzieja uratowała.
Nadzieja obdarzyła szczęściem po cichu.
Nadzieja, milcząca królewna w białej sukience
Chwyciła we wszechmogące ręce
Te dwa istnienia.
I złączyła węzłem spełnienia.

sobota, 11 marca 2017

Kilogramy szczęścia...

Zgredusiowi, moim dwudziestu ośmiu kilogramom szczęścia, które właśnie przygniatają mi nogi.

Z początku kilogramów szczęścia
Było niewiele do wzięcia.
Potem liczba urosła, kilogramów przybyło
Ale domu nie ma, jak do tej pory nie było.

Zaraz potem zniknęły inne kilogramy czarnego szczęścia
Zrobiło się dużo, za dużo smutnego miejsca.
Potem było już tylko gorzej
Coś jeszcze zniknęło. Może
To to, co do tej pory zawsze było.
Ciepło. A teraz... gdzieś pomiędzy metalowymi kratami się skryło.

Lecz nagle bursztynowe spojrzenie
Pozwoliło kilkunastu już kilogramom na... marzenie.
Ogród. Dwie świnki morskie. Patyk wysoko w powietrzu, a nade wszystko
Rodzinne ognisko.
A przy nim - kiełbasy, miłości pełno i ciepła siły.

Choć teraz kilogramy szczęścia co prawda trochę się zmieniły,
Przybyło trochę powagi,
Ubyło szaleństwa, pozostało rozsądnej odwagi,
Kilogramy szczęścia nadal lecą z jęzorem wywieszonym kilometr za paszczą,
Nadal lecą, zimnym nosem policzek co rano głaszczą,
Nadal, cokolwiek by się stało, bezgranicznie ufają.
Nadal, jak i zawsze, kochają.

wtorek, 24 stycznia 2017

Wesołe światełko...

Wesołe światełko zalśniło w kniei
Rozbłysło na chwilę... i zgasło,
Pogrążając świat w cichej zawiei
Codzienności. Jakby na hasło
Nie z tego świata, jakby na znak dany
Przez nie wiadomo kogo,
Zalśniło jednocześnie pięknie i srogo.

Promyk jasności, symbol nadziei,
Magicznej mocy przedłużenie,
Trochę radości i serca spełnienie.
Uśmiech.

On dużo może - przenosić góry,
Sadzić nasiona miłości,
Zdmuchiwać z ciemnego oblicza chmury
I dawać nadzieję radości.

Uśmiech jest najprostszą magią,
Najoczywistszym odruchem ludzkiego serca.
Trochę uczucia, empatii więcej,
I rzeczywistość będzie piękniejsza.

niedziela, 15 stycznia 2017

Widok z okna - edycja zimowa :)

Pisane naprędce w hołdzie splątanym gałęziom przed moim oknem.

Biały puch przykrył drzewa,
Owionęła zima lodowym wdechem,
Gdzieś w koronie sójka śpiewa,
Wiatr przeleciał ze złym śmiechem.
Wszystko zlodowaciało,
Świat zasnął leniwie,
A jakby tego jeszcze było mało,
Powietrze - nieżyczliwie -
- Lodową przyjęło barwę.
Sypiąc, niczym skarbem,
Śniegiem.


piątek, 16 grudnia 2016

Kanapowy potwór...

Najmilszemu, najcudowniejszemu i najpiękniejszemu psiakowi we wszechświecie.

"Czego?" myśli sobie leń kudłaty
Patrząc spode łba z kanapy.
"Gdzież wy znowu? Gdzież idziecie?
Czy wy sobie sprawy nie zdajecie
Że tu leżę i śpię sobie?
Jak tak można, moje drogie,
Ukochane me właścisko
Gdy śpi sobie smacznie psisko?
Już idziecie?
Ale szkoda.
Nic mnie to nie rusza, wcale.
Wcale...
O, nie idźcie dalej!
Czekaj, czekaj na mnie!
Lecę, biegnę już niezgrabnie,
Na zakrętach bum! w kominek
W ścianę, krzeseł nawet nie ominę!
Już, już jestem,
I co dalej? Gdzie idziemy?
Ach, do kuchni, spoko zatem.
Coś tam sobie piesek schrapie."

wtorek, 29 listopada 2016

Recenzja „Domu wilka”

„Dom wilka” Marka Łasisza to opowieść o przygodach pewnego niezwykłego chłopca. Uciekając od maltretującego go ojca, mały Artur ukrywa się w ciemnej, piwnicznej graciarni, gdzie ograniczeniem jest tylko jego wyobraźnia, a ta, jak wiadomo, nie ma granic...

Moją uwagę, przyznam szczerze, przyciągnęło piękne zdjęcie na okładce. Prześliczne oko spojrzało na mnie i wiedziałam, że na długo pozostanie w mojej pamięci. Ale wróćmy do tematu - w końcu książki po okładce nie powinno się oceniać.

Przygód małego Artura nie sposób zliczyć. Chłopiec trafia do świata, który, z początku obcy, odkrywa z czasem przed naszym bohaterem wszystkie swe tajemnice. Wraz z nim, i my poznajemy tę dziwaczną krainę, gdzie na każdym kroku czeka tyle przygód. Ja jednak nie potrafiłam zagrzać miejsca w Arturowej Nibylandii. Nie czułam się jak w domu. W pewnej chwili zupełnie się zgubiłam - za dużo wydarzeń, a za mało łączności pomiędzy nimi. Trafiłam na nieprzesiany cukier puder, którego słodkie grudki odtaczały się każda w inną stronę i nie sposób było mi ich razem zebrać z powrotem. Myślę, że spokojnie większość wydarzeń z tej książki mogłoby funkcjonować jako osobne, świetne, króciutkie opowiadania.
Baśniowe stworzenia pojawiają się tutaj nie raz, nie raz również spotkać możemy ludzi, od których ciarki przejść mogą po plecach. Dialogi, stworzone, miałam wrażenie, zostały trochę oszczędnie. Brakowało mi także baśniowych opisów, tak wypatrywanych przeze mnie w każdej powieści fantastycznej. Mimo tego jednak czyta się szybko - nie ma problemu z wyniosłym stylem ani z egzaltowanymi określeniami.
Artur jest bohaterem, do którego od razu można poczuć sympatię. Jak na tak młody wiek, jest inteligenty i odważny. Miałam wrażenie jednak, jakby brakowało mu samodzielności - był dzieckiem rzuconym w wir wydarzeń, dzieckiem, które chodziło tą drogą, którą ktoś mu wskazał. Tak zbyt posłusznie, jak na dorastającego, niesfornego chłopca.

„Dom wilka” nie oczarował mnie, tak jakbym chciała, by to zrobił. Pewnie miał na to wpływ także mój gust - urban fantasy nie jest moją ulubioną odmianą fantastyki. Cokolwiek o tej powieści myślę, cokolwiek napisałam i jakkolwiek zostanie to odczytane, nie mogę odmówić talentu autorowi. To naprawdę utalentowany pisarz, obdarzony niezwykłą wyobraźnią, którą, co ważne, potrafi przelać na papier. 

„Dom wilka” nie jest złą książką. To powieść krótka, prosta i konkretna. Nie zachwyciła mnie, ale i nie rozczarowała. Z czystym sercem mogę ją polecić, a i sama nieraz do niej wrócę.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję autorowi.