Bez tytułu

...kim ona jest?

Nie powinieneś był...

...co będzie, jak się dowiedzą?
Nie krzycz, obudzi się, ale...

...kwiaty. Pełno białych jak śnieg kwiatów, chociaż... czy one naprawdę są białe? Teraz to róże. Czerwone, tak czerwone jak krew, najczerwieńsze, jakie kiedykolwiek widziała. O, a teraz... przypominają niezapominajki. Stoją w wazonie na ławce zbitej naprędce ze starych desek. Wtem na ziemię spada mały owad. Kornik... O tej porze roku? Wokół zaczyna padać śnieg, na ławce ktoś siedzi, trzymając w dłoniach książkę. Chce odłożyć ją na półkę, lecz jest za niski. Sięga więc po drabinę opierającą się o regał nieopodal i staje na najwyższym stopniu. W kominku wesoło płonie ogień, wilgotne drewno trzeszczy. Ogień... nagle jedno z polan wypada na podłogę. Stare deski w sekundzie stają w płomieniach. Już na półkach nie ma książek, nie ma nawet półek - to kamienny pokój, zimna komnata ogrzewana jedynie... kominkiem? Nie widać go już, wokół szaleje ogień, robi się ciepło, co raz cieplej, za ciepło... To boli. Ogień dosięga jej stóp, długą suknię oplatają płomienie, jest za gorąco. Ogień liże jej kruczoczarne włosy. Kobieta zaciska powieki, nie może dłużej wytrzymać. Wszędzie czerwień... czy to jeszcze ogień czy...
...krew?

Nie mogę tadłużej...
Nic...
... bo ci nie pozwolę!
... nie pamiętasz? Nic?
Nie wiem...

...tym razem jest zimno. Stanowczo za zimno. Ogromne płatki śniegu spadają na ziemię, a ona wyciąga dłoń, by choć jeden złapać. Kiedy drobna śnieżynka dotyka jej skóry, nie odczuwa zimna, ale przyjemny dotyk. Wtedy patrzy w dół i widzi, w co jest ubrana. Długa suknia, ta sama, która tak łatwo zajęła się ogniem. Czarna, jak teraz jej włosy. One zaś są jeszcze dłuższe, niż zapamiętała. I ciągle rosną, jest w stanie zobaczyć, jak końcówki dotykają ziemi, jak sięgają dalej, i dalej, i dalej... Śnieg walczy z nimi, śnieg jest wszędzie... Wielka fala śniegu zatapia nie tylko czarną połać rozciągającą się wokół. Biały dywan pokrywa powoli i ją samą. Coraz więcej krystalicznych drobinek tworzy wokół niej kopiec, kopiec, który staje się kurhanem...

... nie potrafię.
Ma zielone oczy tak, jak...
... nic się nie stanie.
Co teraz?

Co... teraz? Jakie "teraz"? Czy w ogóle jakieś jest? Co... czy to "co" też istnieje? 
- A mówiłem! Spójrz na nią! - Patrzą na mnie. Czuję to, mimo że nie uniosłam jeszcze powiek. Coś wewnątrz mnie mówi, że nie spodoba mi się to, co zobaczę. Mimo to otwieram oczy.
Znajduję się w jakimś nieznanym mi miejscu. Jest ciepło, co uświadamiam sobie, widząc mały kominek w jednym z rogów izby. Choć czy ciepło jest najlepszym określeniem na to, co czuję? Wiem, że jest ciepło, ale... nie czuję tego.
Tuż pod stropem wiszą zasuszone zioła. Nie rozpoznaję ich, ale to nic dziwnego - nigdy nie interesowałam się zielarstwem. Unosi się z nich zapach, mdlący, lekko słodki zapach; ma taką metaliczną barwę, która kojarzy mi się tylko z... To nie są zioła.
Nie mogę się nad tym zastanowić, bo czuję na ręce delikatny dotyk. Dłoń jest zimna, ale to raczej stwierdzenie faktu niż moje własne odczucie. Spoglądam na stojącą obok postać.
Wbite we mnie bystre spojrzenie czarnych oczu przykuwa moją uwagę. Gdy zauważa, że na niego patrzę, uśmiecha się lekko z ulgą. Chce coś powiedzieć, ale w momencie, gdy otwiera usta, wyczuwam po drugiej mojej stronie jakiś ruch, i w końcu nic nie mówi. Odwracam głowę w drugą stronę. Stoi tam ktoś inny. Również uśmiecha się ciepło, ale inaczej. W oczach ma iskry, które kojarzą mi się tylko z upiornym koszmarem sennym, więc szybko spuszczam wzrok.
- Musi się oswoić z nową sytuację. - Słyszę cichy głos. Odzywa się pierwszy mężczyzna, którego zobaczyłam. Zastanawiam się, co to za nowa sytuacja? I gdzie w ogóle jestem?
Unoszę się na łokciach i powoli wstaję. Nie czuję się na siłach, by to zrobić, ale przechodzę kilka kroków. Nagle czuję dziwny przypływ sił. W ogóle zauważam, że świat jest jakiś inny. Mam przed sobą ścianę, ale nie myślę o niej jako o przeszkodzie, lecz... Sama nie wiem.
Dotykam jej powoli. Chropowata powierzchnia jest przyjemna w dotyku, ale zaraz znika, gdy napieram odrobinę mocniej. Jakby przez mgłę rejestruję jeszcze huk walących się cegieł. Nie wydawały się takie ciężkie.
Jestem w lesie. Wszechobecne zapachy na chwilę przytępiają moje zmysły, ale w pewnej chwili czuję woń, która przytępia wszystkie inne. Wciągam powietrze nosem, po czym uświadamiam sobie, iż dotąd tego nie robiłam.
Słyszę głuche dudnienie. Drżę lekko, wczuwając się w jego źródło. Na lewo.
Rzucam się w tę stronę, ale wpadam na coś twardego. Podnoszę głowę i napotykam nad sobą owo czujne ciemnookie spojrzenie. Uśmiecham się do niego i chcę go delikatnie wyminąć, ale on chwyta mnie za rękę.
- Nie uciekaj - mówi cicho.
- Dlaczego? - pytam.
Chichocze, a mnie przechodzi dreszcz.
- Coś cię rozśmieszyło? - Staram się zrobić buntowniczą minę.
Dalej chichocze, a ja dołączam się do niego. Ma tak strasznie zaraźliwy śmiech i w końcu śmiejemy się w dwójkę.
Czuję się lekka jak pióro. Jakby grawitacja przestała działać; liczą się tylko czarne oczy przystojnego mężczyzny i jego uroczy śmiech. Mam ochotę skakać i tańczyć z radości.
Wtem nagle on coś słyszy. Zamiera, a ja wraz z nim. Nie chcę rozpraszać jego uwagi, ale nie mogę powstrzymać się i nie parsknąć na widok jego skupionej miny.
Daje mi znak ręką, żebym siedziała cicho...
Ale ja już nie interesuję się nim. Słyszę to, co on. Słyszę owo dudnienie i czuję... tę woń. Przewracam oczami z rozkoszy i chcę wyruszyć w pogoń... chcę biec... chcę czuć...!
Nagle... nie mogę! Coś trzyma mnie silnie w pasie.
Odwracam głowę, jak tylko mogę, a wtedy widzę... nie, to nie możliwe. Czemu on mnie trzyma?
- Puść mnie - rozkazuję.
W pierwszej chwili mam wrażenie, że uścisk jest odrobinę lżejszy, ale, gdy wyrywam się gwałtownie, odkrywam, że nie mogę ruszyć się na krok.
- Puść! - wrzeszczę już bez przerwy.
- Nie - odpowiada spokojnie.
Kretyn! Dlaczego on mnie trzyma?! Przecież ja muszę, muszę tam iść. Ja... czuję!
- Uspokój się, a wtedy wszystko ci wytłumaczę. - Poprawia uścisk i wtedy wyczuwam moją szansę. Kopię go z całej siły. Czuję ból w stopie tak, jakbym kopnęła kamień. Ale on chyba też to poczuł. W każdym razie dziwi się i niespodziewanie upadam na ziemię.
Zrywam się do biegu. Czuję wiatr we włosach. Czuję życie wokół, ale tak, jakby ja sama był poza tym wszystkim. Jestem ostoją wśród brzęczących much, czymś stałym wśród drżących liści.
Jestem boginią!
Czuję, jak coś wpada na mnie od tyłu. Powala mnie na ziemię i obraca na plecy, lądując na moich biodrach. Patrzę w górę i aż mam ochotę zazgrzytać zębami. To on, to znowu on!
- Czego... chcesz...? – syczę przez zaciśnięte zęby.
- Spokojnie, mała, uspokój się, a pogadamy. – Uśmiecha się, bawiąc się wolną dłonią moimi włosami.
- Puszczaaaj! – Mam ochotę wybić mu te wszystkie wyszczerzone zęby, jeden po drugim. Wyrywam się dzielnie i w końcu udaje mi się oswobodzić jedną rękę.
Zamaszyście, podparłszy się o wilgotną ściółkę, wyskakuję w górę, zrzucając mężczyznę z siebie. W jego oczach po raz kolejny tego dnia widzę zaskoczenie, ale tym razem nie trwa tak długo. W sekundę później on już chichocze.
- A tobie co? – pytam, tym razem ja zdziwiona.
- Śmieszysz mnie – mówi z prostotą, pochylając w rozbawieniu głowę.
Mimo wszystko nie jestem już na niego zła. Wszystkie moje emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili mam ochotę udusić tajemniczego osobnika, a w drugiej zakochuję się w jego uśmiechu.
Przez kilka godzin spacerujemy po lesie. Mężczyzna pokazuje mi wiele rzeczy, których do tej pory nie dostrzegałam. Jestem trochę zła, że zawsze jest ode mnie szybszy i zręczniejszy, ale on mówi, że to kwestia doświadczenia. Oprócz tego poznaję jego imię. Klemens. Śmiesznie wymawia je przez ę.
Później wracamy do dziwacznej chaty, w której obudziłam się, mam wrażenie, wieki temu. Jak gdyby nigdy nic w bujanym fotelu przed kominkiem siedzi drugi z mężczyzn, ten z oczami, na widok których mam dreszcze. Teraz też, odwracam wzrok, by tylko schować się przed tym szarym, beznamiętnym spojrzeniem.
- Nie bój się go – odzywa się mój ciemnooki przyjaciel, obejmując mnie lekko w pasie. – Nie jest taki straszny, na jakiego wygląda. – Uśmiecha się, a jego wargi unoszą się, odsłaniając złowieszczo kły.
Wiem, że ostrzeżenie nie jest przeznaczone dla mnie, ale mimo to czuję się dość nieprzyjemnie. Dyskretnie rozglądam się i dopiero teraz zauważam, jak bardzo zmienił się wystrój tego miejsca. Oprócz bujanego fotela przed kominkiem leży także dywan z grubego włosia. Ma lekko rudy kolor, które idealnie pokrywa się z kolorem abażuru lampy stojącej nieopodal. Ściany są pokryte drewnem, gdzieniegdzie wiszą obrazy, nad kominkiem widnieje ogromne poroże, a okna zasłonięte są ciemnozielonymi zasłonami. Orientuję się, że pomieszczenie jest widocznie większe, a poza tym musi być częścią jakiejś całości.
Kiedy pod ścianą zauważam drzwi, patrzę z pytaniem na Klemensa. W jego pięknych oczach odbija się ogień igrający na kominku. Mężczyzna z początku nie zauważa mojego wzroku, patrzę więc dalej, podziwiając ostre kości policzkowe, na których cieniem pokładają się obłędnie długie rzęsy. Nieświadomie wyciągam rękę. Nie wiem, kiedy zbliżyłam się do niego, ale teraz czuję jego długie czarne loki pod palcami. Widzę, jak przymyka oczy, odprężony i spokojny, a jednocześnie tak silny i pewny…
W następnej chwili oplata mnie ramionami i rzuca na ziemię. Nie rozumiem, co się dzieje, póki nie unieruchamia mi rąk ponad głową i nie wpija się w moją szyję. Mimowolnie wyginam się w łuk, czując całym ciałem jego spięte mięśnie…
…tak dobrze, błogo, spija ze mnie wszystkie troski, czuję, jak pod jego dotykiem opuszcza mnie niepokój, pozostaje tylko powolne, delikatne, wręcz ostrożne zasypianie..
- Ale ty jesteś dziecinny… – Jak przez mgłę dochodzi do mnie odgłos dzwoneczków poruszanych wiatrem. Nie, to śmiech. Dźwięczny i ciepły, kojarzący się z latem i dzieciństwem spędzanym wśród polnych kwiatów i szemrzących strumyków. – Mamusia ci nie mówiła, że nie należy bawić się jedzeniem?  – Dzwoneczki ponownie wybuchają feerią ciepłych barw.
Czuję, jak ciemnooki odsuwa się, dyszy ciężko, chociaż dalej jego dłonie nie pozwalają mi drgnąć.
- Śpij, mała – szepcze, patrząc na mnie z góry i uśmiechając się lekko. Zasypiam, a ostatnim, co widzę jest światło mrugające w jego kłach.

…. nie mogę złapać tchu. Otwieram oczy i natychmiast czuję, jak instynkt nakazuje mi je na powrót zamknąć. Naokoło mnie jest pełno wody. Przede mną, za mną, wszędzie. W moje długie rude włosy zaplątują się wodorosty, oplątując stanowczo zbyt ciasno całe moje ciało. Poruszam nogami, chcąc wypłynąć na powierzchnię, ale coś nie pozwala mi nimi poruszyć. Drżę, gdy spoglądam w dół. Nie mogą nic dojrzeć w mętnej wodzie, wiem tylko, że coraz trudniej mi zachować czysty umysł. Potrzebuję tlenu, co uświadamiam sobie dopiero po chwili, kiedy zaczynam już odpływać także umysłem. Ostatni raz patrzę ku powierzchni i napotykam spojrzenie przerażonych ogromnych oczu o rozszerzonych źrenicach. Marszczę ze zdziwieniem brwi, zastanawiając się, od kiedy moje tęczówki zrobiły się takie jasne. W następnej chwili zbliżam się do powierzchni i oglądam je z bliska. Dotykam twarzy, a wtedy obraz rozszerza się i pochłania mnie całą. Bez trudu unoszę i unoszę, podwijam pod siebie nogi i płynę pomiędzy chmurami. Powietrze wokół robi się ciężkie, włosy skręcają mi się od wilgoci…

… jest tylko zabawką, wiesz, że bawię się nią… - Na dźwięk jego głosu otwieram szeroko oczy. Zaczynam drżeć, gdy uświadamiam sobie sens tych słów.
Unoszę się na łokciu i mrużę oczy w nagłym blasku słońca wpadającego do pokoju przez duże okno, które widzę przez baldachim rozciągnięty nad łóżkiem. W następnej chwili orientuję się, że rozmowa ucichła i wstaję, rozgarniając dłonią aksamitny materiał. Na okiennym parapecie dostrzegam szary kształt, dopiero po chwili rozpoznaję w nim sylwetkę ciemnookiego mężczyzny. Widzę, jak zwraca ku mnie wzrok, jak jego wargi rozciągają się w uśmiechu.
Obok niego bokiem do mnie stoi drugi mężczyzna. Nie reaguję w żaden sposób na moje przebudzenie, wzroku nie odrywa od czegoś za oknem. Nie porusza się, jego klatka piersiowa ani drgnie, przez co wydaje się być posągiem, a nie żywą istotą.
Ciemnooki podchodzi do mnie. Patrzę na niego, cicho, w milczeniu. Przełykam ślinę, kiedy pochyla się i składa delikatny pocałunek na mojej szyi.
- Księżniczko… - Z rozbawieniem patrzy, jak rumienię się.
Nie mogę wytrzymać spojrzenia jego intensywnych czarnych oczu i przypadkiem przenoszę wzrok ponad jego głowę. Zauważam, że sylwetka przy oknie drgnęła i teraz wpatruje się we mnie małymi szparkami oczu. Przez chwilę mam wrażenie, że widzę w nich pewien rodzaj współczucia, coś, czego nie do końca rozumiem.
Ciemnooki odwraca się gwałtownie, gdy łapię spojrzenie mężczyzny przy oknie. Nic nie słyszę, ale w powietrzu wybrzmiewa niewypowiedziana groźba. Na adresacie nie robi to większego wrażenia, jego przerażające oczy pozostają równie zimne i beznamiętne jak przed chwilą. Mężczyzna kiwa głową, jakby w zrozumieniu, ale mówi:
- Nie powinieneś bawić się tak nią. – Czuję, jak przechodzi mnie dreszcz. Mówi, jakby mnie tam nie było, nie zwraca najmniejszej uwagi na moje rozedrgane serce, które, nie mam pojęcia, skąd to wiem, słyszy.
- Dlaczego? – pyta z uśmiechem ciemnooki, zaborczo obejmując mnie w pasie. Wstrzymuję oddech.
Mężczyzna wzdycha.
- Wiesz dobrze, o co mi chodzi.
- Nie wiem. – Ciemnooki parska śmiechem.
Przez skórę czuję, jak w pomieszczeniu zapada jakaś decyzja. W następnej sekundzie mam wrażenie, jakby do pokoju wpadł podmuch wiatru, który porywa mnie i unosi do góry.
Chwilę zajmuje mi uświadomienie sobie, że znajduje się teraz kilka centymetrów od przerażająco skrzących się oczu.
- A weź ją sobie. – Słyszę głos ciemnookiego. – Jak ci tak na niej zależy, proszę bardzo. – Nie wiem, dlaczego mężczyzna tak łatwo odpuszcza. Czuję między nim a trzymającym mnie potworem jakiś niewypowiedziany układ, współpracę, w której ciemnooki zajmuje niższą pozycję.
- Dzięki. – Zimne oczy rozświetlają się przyjaźnie, mimo że nadal nie mogę patrzeć w nie bez strach. Kiedy spojrzenie ląduje na mnie, widzę w nim coraz więcej spokoju.
Czuję, jak zaczynam tonąć.
- I kto tu jest dziecinny? – Ciemnooki chichocze, ale zgodnie z niewypowiedzianą wolą drugiego mężczyzny wychodzi i zostawia nas samych. Raz tylko odwraca się do mnie i uśmiecha, szczerząc zęby.
- Żegnaj, mała – mówi.
W następnej sekundzie upadam na łóżko. Mężczyzna rozrywa baldachim, opadając na mnie. Mimo wszystko jest delikatny, nie czuję jego ciężaru. Łapię jego spojrzenie i zatapiam się w nim.
On unosi mi głowę, całuje moje usta, dłonie zanurza we włosach.

Pocałunek na szyi zamienia się w tępy ból, gdy nie mogę się już poruszyć. Drżę mimowolnie, nie widząc nic szeroko otwartymi oczyma…
Ostatni raz zaciskam dłonie, z zaciśniętego gardła nie może wydostać się krzyk.
Co ze mną będzie?... to moja ostatnia myśl.
Potem nie ma już nic.

Bałwan, ryba i kołatka w kształcie lwiej głowy

Był to cichy i względnie spokojny poranek. Na dworze prószył śnieg, w oknach domów zapalały się światła. W jednym z pięknych, przykrytych białym puchem ogrodów stał sobie dumnie i nieruchomo bałwan. Lekko brudny, z odpadającym marchewkowym nosem i kamykowymi oczyma spoglądał z zimną obojętnością wprost przed siebie. Jego wzrok spoczywał na drzwiach – wielkich, drewnianych odrzwiach z rzeźbionymi zdobieniami i srebrzącą się kołatką w kształcie lwiej głowy. W pewnej chwili koci łeb otrzepał się ze śniegu i zaraz powrócił do swojej pierwotnej postaci, co nie umknęło uwadze bałwana. Mimo to on ani drgnął, trwał dalej w bezruchu, jakby z pogardą jedynie rejestrując świat wokół.
Po kilku godzinach państwo wpakowali się do samochodu i udali się do pracy. W ogrodzie został tylko bałwan i kołatka w kształcie lwiej głowy. Na szczęście żadne z nich nie pragnęło nawiązywać kontaktu z tym drugim – wierzcie mi, z takiego porozumienia nigdy nic dobrego nie wychodzi.
Kiedy było już absolutnie pewne, że państwo nie wrócą, bałwan uniósł zimową rękę i odgarnął z oczu płatki śniegu, które od pewnego czasu przesłaniały mu widok. Potem potrząsnął głową, poprawił kapelusz i pociągnął odpadającym marchewkowym nosem. Odchrząknął wtedy i otworzył usta, jakby chcąc coś powiedzieć. Kiedy z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk, kołatka w kształcie lwiej głowy parsknęła z cicha. Mimo wszystko jednak ona także nie miała zamiaru nic mówić, po prostu wyraziła tym prychnięciem swoją pogardę wobec bałwana, która miał nawet nie przetrwać tygodnia. Kołatka w kształcie lwiej głowy była natomiast nieśmiertelna – i bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę.
Bałwan puścił to mimo uszu. Nie zamierzał zawracać sobie głowy żadnymi kołatkami, a szczególnie takimi w kształcie lwiej głowy. Ruszył niemrawo przed siebie. W jego sylwetce dało się wyczuć pewną opieszałość, jakby niemoc, której nie potrafił pokonać.
– Dlaczego słońce tak mocno grzeje? – zapytał cicho.
Nikt mu nie odpowiedział, nawet kołatka w kształcie lwiej głowy tym razem nie parsknęła.
Bałwan pochylił wielką śniegową głowę i otworzył drzwi do domu. Od progu powitał go zapach pierniczków, makowca i żywicy.
– Przyszedłem – odezwał się cicho, przekraczając próg kuchni.
– Nawet nie wiesz, jak się cieszę – odpowiedział mu ze smutkiem kontrastującym z jego słowami karp.
Od dwóch dni leżał, skąpany w gęstym pomidorowym sosie. Jedyną jego rozrywką były rozmowy z bałwanem, który, jak z niepokojem zauważał karp, był co dzień coraz mniejszy...

***

– Starzejesz się, mój drogi. – Zauważyła ryba pewnego dnia.
– Wiem. – Bałwan westchnął, zaciągając się papierosem. Któreś z państwa zostawiło go na blacie kuchennym, wychodząc do pracy.
– I co dalej będzie? – zapytał karp.
– Nie wiem – odpowiedział bałwan.
Siedzieli chwilę w milczeniu. Zaiste, był to dziwny widok. Rozpływająca się śniegowa postać na podłodze i smukła, wręcz wychudła ryba na talerzu.

***

– Smutno mi będzie, jak cię zjedzą – zauważył pewnego dnia bałwan.
– Wiem. – Karp westchnął, wciągając w nozdrza zapach pomidorów. – Mi będzie smutno, jak się roztopisz.
Bałwan spojrzał na niego uważnie.
– Nie wiedziałem, że o tym pomyślałeś.
– O czym?
– O mnie, że się roztopię. Nie sądziłem, że cię to interesuje.
Karp wzruszyłby ramionami, gdy je miał. Zamilkł.
Siedzieli w ciszy.
– To będzie jutro, wiesz? – odezwała się ryba dopiero wtedy, gdy za bałwanem zamknęły się drzwi.
– Wiem o tym – powiedział bałwan, stając przed oknem, chociaż oczywiście nie mógł usłyszeć słów karpia.

Wieczorem wrócili państwo – pani, w długiej zielonej sukni i botkami ocieplanymi futrem i pan – w jasnym fraku i kapeluszu w takim samym kolorze. Pan wpuścił panią pierwszą do domu, zamknął za nimi drzwi, obrzucił ogród, a w nim bałwana, obojętnym spojrzeniem.

Karpia zjedli.

 ***

– Smutno ci teraz? – zapytała kołatka w kształcie lwiej głowy.
– Nie wiem – odpowiedział bałwan. – Karp i tak nie żył, od dłuższego czasu. To, że zniknął, nie zmieniło tu niczego.
– Racja – zgodziła się kołatka w kształcie lwiej głowy. – Ale czy nie jest ci smutno?
– Jest – przytaknął bałwan – Ale to także niczego nie zmieni.
Kołatka w kształcie lwiej głowy, gdyby mogła, wzruszyłaby ramionami.
– Mi jest smutno – odezwała się cicho.
– Dlaczego? – Bałwan oparł się mocniej na drewnianej lasce, którą zastępował mu patyk.
– Ty też kiedyś się roztopisz.
Bałwan naprawdę wzruszył ramionami.
– Taka jest kolej rzeczy. – Pokiwał wielką śniegową głową. Trochę śniegu obsypało się na ziemię.
– Wiem – odpowiedziała kołatka w kształcie lwiej głowy.

***

Nadeszła wiosna. Państwo wychodzili częściej, pani – pozbyła się ocieplanych botków, pan – nadal chodził w jasnym fraku. Wchodzili do domu i wychodzili, pan przepuszczał panią w drzwiach, obrzucał obojętnym spojrzeniem ogród.
Bałwan się roztopił.


________________
Nie wiem, czy lubię to opowiadanie. Nie mam jednak uczucia, że go nie lubię, a to już coś. Mimo wszystko wydaje mi się nie moje, co raczej mogę uznać za początek nielubienia go... Tak czy inaczej, wiem, że późno, ale życzę wszystkim szczęśliwego Nowego Roku. Dużo weny, kochani! 

Miły od święta...

– Co robisz? – Szczupły i wręcz chorobliwie blady mężczyzna z zaciekawieniem otworzył jedno oko.
– Stawiam... w naszym salonie... choinkę – wysapał niski blondyn, zamierając na chwilę. – A czemu pytasz?
– Postanowiłem, że jeśli dla ciebie święta są tak ważne, to dla mnie też powinny. – Sherlock gwałtownie zeskoczył z kanapy i chwycił Johna w pół. Cmoknął go przelotnie w policzek, ciągnąc bożonarodzeniowe drzewko odrobinę w lewo. – Tak będzie dobrze – stwierdził. – Symetrycznie.
John wzruszył ramionami, zerkając z boku na swojego chłopaka. Sherlock ciągle go zadziwiał.
– Może i masz rację, ale łańcuchy zawiesimy według mojej koncepcji.
– Jak tylko sobie życzysz, chociaż ja uważam, że powinny wisieć symetrycznie. – Sherlock z powrotem opadł na kanapę, chwytając w locie laptopa i kładąc go sobie na kolanach.
John zmarszczył brwi, ale w milczeniu otworzył duże pudło przytachane z piwnicy dzień wcześniej. Wyjął z niego zabawne lampki w kształcie reniferków i, przygryzając wargę, oplótł nimi choinkę. Zaraz po lampkach zawiesił na niej także kilka łańcuchów, parę bombek, a czubek ozdobił wielką złotą gwiazdą.
– Więc... co o tym sądzisz? – odezwał się, odwracając w stronę... Sherlocka? – Kochanie, gdzie jesteś? – zapytał w przestrzeń, rozglądając się bezradnie.
– Tutaj. – Rozległo się z kuchni. 
– Sherlock? – John z niedowierzaniem spojrzał na mężczyznę, wyjmującego z lodówki ciężki z pewnością garnek. 
– Tak, John, to dokładnie to, co myślisz – powiedział z dumą Sherlock, stawiając naczynie na kuchence.
John zmarszczył brwi. Krew? – pomyślał, bo to właśnie stwierdził, widząc podejrzanie czerwoną ciecz wczoraj w lodówce. Nawet nie pokusił się o bliższe sprawdzenie, czy ma rację.
– To barszcz? – Teraz zbliżył się, starając się wychwycić w powietrzu nutkę buraków.
– Mhm. – Pysznił się Sherlock, męcząc się z odkręceniem gazu.
John zgrabnie wyminął go i włączył pod garnkiem ogień.
– To miło z Twojej strony – odchrząknął, gdy Sherlock po raz drugi dzisiaj objął go i próbował trafić ustami w jego policzek. Albo i nie policzek...
– No co? – Brunet odsunął się na krok, widząc podejrzliwy wzrok Johna.
– Coś ty dzisiaj taki uczuciowy, co? – Podejrzliwy wzrok zabarwił się rozbawionym uśmiechem, gdy Sherlock zrobił minę zbitego psa.
– Po prostu chciałem być miły – pufnął i odwrócił się z rozmachem obrażony.
John odprowadził go wzrokiem, gdy ten, stawiając charakterystyczne długie kroki, z powrotem skierował się ku kanapie. 
– Sherlock... – westchnął za nim. – No chodź tu... 
Detektyw odwrócił się i z pogardą objął spojrzeniem całe mieszkanie.
– John, nie będę się produkował na siłę. Jeśli moje wysiłki cię nie zadowalają, zaprzestanę bycia miłym – mężczyzna prawie wypluł ostatnie słowo.
– Sherlocku, przecież wiesz, jak bardzo... – John zbliżył się do detektywa, stojącego bez ruchu pośrodku salonu, a ten nie zaprotestował, gdy właściciel jedynego na świecie świątecznego swetra, który Sherlock szczerze uwielbiał, także i objął go delikatnie w pasie.
– Przecież wiesz, jak bardzo lubię, gdy robisz się miły specjalnie dla mnie – dokończył John.
– Wiem – przytaknął z zapałem Sherlock. – Doskonale to wiem – dodał, uśmiechając się zadowolony z siebie. Dobry humor mu widocznie powrócił, pomyślał John.
– Szkoda tylko, że jesteś taki jedynie od święta... – parsknął śmiechem, jednocześnie zdając sobie sprawę z lekkiego fałszu w swoich słowach. Odkąd oficjalnie zostali parą, Sherlock zadziwiał go na każdym kroku. Na każdym kroku pokazywał, jakim potrafi być czarującym i czułym mężczyzną i, co się najbardziej podobało jego chłopakowi, jak bardzo zależy mu na Johnie.
– W końcu czymś sobie muszę wynagrodzić brak ani jednego interesującego morderstwa – mruknął Sherlock, jednocześnie bez cienia żalu pozbywając się z głowy kolejnego seryjnego zabójstwa.
John uśmiechnął się na te słowa.
– Więc mówisz, że jestem ciekawszy od... zbrodni? 
Oczy Sherlocka nabrały łobuzerskiego wyrazu.
– Chcesz się przekonać, jak bardzo? – Detektyw pochylił się i zanurzył dłoń w jasnych włosach doktora.
– Jeszcze pytasz... – John z przyjemnością odwzajemnił pocałunek...

________________
Więc... zostawmy może dwóch naszych bohaterów w dwuznacznej ciszy, a ja napiszę jeszcze kilka słów od siebie.
Długo mnie tu nie było, wiem. Ale tak jakoś dzisiaj świątecznie, świąteczny nastrój i te sprawy, no i tak jakoś taki ficzek powstał mi w głowie. I tak, wiem, że w Anglii się barszczu nie jada, ale tak jakoś mi się sam tu wepchnął .
Wesołych świąt :)
Natulusia

Zakochani

Przystanek, początek złoto-burej jesieni
Powietrze jak szampan radością się mieni.
Na szarych płytach chodnika – para,
A w oknie bloku – białoskrzydła ara.

Trzymają się za ręce.
Nic więcej.
W oknie pojawia się twarz,
Zniesmaczony przybiera wyraz,
Oczy przymyka, zgrzyta zębami,
Znika, zrażona, za firanami.

Dalej, drugą stroną ulicy
Człapie mężczyzna, wysoki,
Z koszulą koloru żywicy,
Stawia niezdarne kroki.
Papieros z ust zaraz wypadnie,
On drży, rękę wyciąga bezwładnie.
Obraźliwy gest, zła mina,
Wywrócił się, jego wina.

Młodzi zakochani... już nie tacy odważni.
Patrzą po sobie, widzą wokół spojrzenia,
Głowy chylą ku ziemi,
Puszczają ręce.

Samochód przejeżdża,
Klaksonem ogłasza niesmak.

Zakochani – nie tacy młodzi,
Nie tacy beztroscy.
Podjeżdża autobus.

Chłopak z wahaniem patrzy na przyjaciela.
Co zrobić, co wolno...? myślą oboje.
Chłopak szybkim spojrzeniem ogarnia przystanek,
Po prawej – jeden życzliwy uśmiech,
Wystarczy. On też się uśmiecha.
Przelotny całus, w policzek czy usta,
To bez znaczenia, miłości przelatuje iskra.

Z miłości do odległości...

... czyli słów kilka o „Odległości między tobą a mną” Jennifer E. Smith.


W niedalekiej przeszłości sprawiłam sobie na pozór ciekawą, drobną i przyjemną książeczkę. Niewielka objętościowo, z miłymi dla oka poleceniami na tylnej części okładki czymś mnie za serce chwyciła i postanowiłam, że zabiorę ją do domu. Kiedy jednak w pełni ujrzałam to, co do zaoferowania mi tutaj ma Jennifer E. Smith, mój entuzjazm trochę osłabł. W pewnych chwilach myślałam, że nic już nie podniesie go z podłogi — przewracając kartki ze znudzeniem w oczach czekałam tylko na spotkanie głównej pary czy cokolwiek innego, co w jakiś sposób mnie zainteresuje. Były jednak i takie sytuacje, dzięki którym z uśmiechem na twarzy pożerałam kolejne zdania.


„Odległość...” jest dosyć odległa od ideału. Pomysł jest bardzo zgrabny, przyjemny, sympatyczny — słowem, chce się czytać. Jego wykonanie jednak ciut gorsze. A może to też kwestia niedopracowania pomysłu? Koniec końców, staję przed pewnym dylematem. Z jednej strony do tej młodzieżowej powieści nie jestem przekonana. Z drugiej natomiast nie potrafię wskazać niczego, co by mi się wyjątkowo nie podobało. Ot, po prostu taka sobie książeczka, ciut nieprawdziwa, troszkę przewidywalna... Jak już tutaj jesteśmy, to chyba nawet za bardzo przewidywalna. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego, że będę miała wrażenie, jakby gdzieś to już się zdarzyło, jakby w tej historii nie było nic niezwykłego.
O co tak w ogóle chodzi? Chodzi o dwójkę młodych ludzi, rzucanych tu i tam po Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Poznajemy więc odrobinę Nowego Jorku, San Francisco, Edynburgu czy Londynu, a to wszystko doprawione masą innych miast i miasteczek, których nazwy powylatywały mi z głowy. Do tego sama Autorka pisze, że czasem to człowiek, a nie miejsce sprawia, że zarzucamy gdzieś kotwicę. Niestety, mnie w „Odległości...” nie udało się takowej kotwicy zarzucić. Lucy — jedna druga głównej pary — jest miła, zaradna i trochę samotna. Owen — druga połowa głównej pary — także jest miły, zaradny i trochę samotny. Kiedy ci dwoje utykają razem w windzie, zawiązuje się pomiędzy nimi dosyć interesująca więź, dzięki której akcja tej powieści w ogóle płynie. Z początku trudno mi było płynąć wraz z nią. Raz po raz wypadałam z nurtu, absorbowana przez setki rzeczy wokół, a kiedy zaczęłam przyzwyczajać się do jej wolnego prądu, fabuła ni tego ni z owego przyspieszyła. To było tak gdzieś pod koniec książki. Nie no, żartuję, ale faktycznie z czasem było coraz lepiej. Polubiłam główną parę, mimo jej nie dającego się ogarnąć umysłem niezdecydowania. Krążyli wokół siebie jak sępy nad padliną. Szukałam czegoś o relacji dwójki młodych ludzi, nie natomiast o tym, jak usiłują oni ożywić jakoś to, co ich łączy.
Pocztówki jako sposób porozumiewania się pomiędzy bohaterami to naprawdę fajny pomysł, jednak brakowało mi tutaj ukazania oczekiwania na nie, znajdywania w skrzynkach, takiego czegoś, co by pozwoliło mi zobaczyć, że są one dla bohaterów czymś ważnym. Kartki były czytane, a później znikały stanowczo zbyt szybko.

Koniec końców mimo wszystko nie oceniam tej książki źle. Nie uważam czasu, który poświęciłam „Odległości..” za zmarnowany, chociaż pewnie książki na mojej półce do przeczytania mają pewnie na ten temat inne zdanie...